Rzecz o kwiatach.

Spacer po parku.
To był pogodny dzień, koniec marca. Sakury dopiero zaczynały kwitnąć, więc ci, którzy nie rozłożyli się na trawie z kocykiem i ciasteczkami, dziarsko spacerowali po alejkach, czy to dla zabicia czasu, czy to poszukując jakichś innych fotogenicznych obiektów. Takoż i ja dziarsko spacerowałam, bo miałam jeszcze dwie godziny do stracenia przed jednym z wielu spektakli teatralnych, na które namiętnie w Japonii chodziłam.

SONY DSC

Zamiast sakur znalazłam bezwstydnie kwitnące pole fiołków. Zraszają ziemię gencjaną?

Pod jakimś kwitnącym na biało drzewkiem głośno rozprawiały trzy babcie. Może nie tyle rozprawiały, co stały i zastanawiały się, CO TO ZA DRZEWO. Bo w tokijskich parkach zazwyczaj wszystkie roślinki są podpisane; każde drzewko ma tabliczkę z nazwą, japońską, łacińska, z krótką notką… Ale rzeczone babcie znalazły chyba jedyne drzewo, które podpisane nie było, no skandal. Stałam koło nich jakieś dziesięć minut robiąc zdjęcia; drzewko kwitło jak jabłoń ale pachniało jak konwalia, no, ale ja tam się nie znam. Bogom dzięki, że alejką akurat przejeżdżał na rowerze strażnik, który rozwiał wątpliwości staruszek, bo inaczej stałyby pod tym drzewem aż do zamknięcia parku. W sumie nie wiem, czym byłam bardziej zdziwiona: tym, jak ważne było dla babć poznanie nazwy drzewa, czy tym, że strażnik ją znał (zdaje się, że znał nazwę każdego źdźbła trawy w tym parku).

imierozyl

Imię róży – w parku Shinjuku Gyoen bywa bardzo oryginalne

Ta sytuacja potwierdziła to, co onegdaj słyszałam od bardziej doświadczonych japonistów: że Japończycy do botaniki przywiązują nieco większą wagę niż Polacy. Oczywiście, Japończycy ze starszego pokolenia – młodzi chodzą z nosami w Iphone’ach i nie mają czasu się roztkliwiać nad jakimiś chwastami, bo szukają pokemonów.

SONY DSC

Podziwianie przyrody jest wpisane w kulturę japońską od zarania dziejów. Od kiedy tylko (a pewnie i wcześniej) ustanowiono pierwszą stolicę i zbudowano pierwszy pałac cesarski, wpuszczano tam tylko „ludzi kulturalnych” – a kulturalnym był ten, który potrafił napisać wiersz (a najlepiej ułożyć go na poczekaniu). No, a o czym można pisać wiersze – oczywiście o kwiatach, o księżycu, o śpiewie ptaków… Jak ktoś „nie umiał w poezję” albo śmiał mieć inne zainteresowania niż podziwianie girland wistarii, to był cham i prostak. Marne były jego widoki na zdobycie wysokiego stanowiska, nie mówiąc już o wyrwaniu jakiejś księżniczki, czy choćby damy dworu. Zachwyt nad przyrodą nie brał się zatem z jakiejś genetycznie wrodzonej narodowi japońskiemu estetycznej wrażliwości, a był podyktowany czystym pragmatyzmem… poniekąd.

SONY DSC

Kwitnące śliwy w samym centrum Tokio, połowa lutego. Bajka!

Japończycy tak podziwiają naturę, piszą o niej wiersze i wciskając jej elementy w każdą przestrzeń życia codziennego (no, jeśli chodzi o motyw sakury, to w Japonii z sakurą kupimy literalnie wszystko, od majtek po patelnie), ponieważ ZAISTE JEST CO PODZIWIAĆ. Kto był ten wie, kto nie był, ten ma Google Grafika. Oczywiście, na zdjęciach w internecie wszystko jest „naj”; sakury w pełnym rozkwicie, góra Fuji w promieniach słońca, wyciszone świątynie pośród czerwonych liści klonów… a ktoś przyjedzie, wcale tego nie zobaczy i poczuje się zawiedziony (sama miałam takie przypadki, kiedy pracowałam jako przewodnik wycieczek). Cóż, i tak bywa.

SONY DSC

Sakury w pełnej krasie bywają wręcz przytłaczające…

Z tego co jednak mi wiadomo o gustach starożytnych poetów, takie „naj” zdjęcia zapewne nie spotkałyby się u nich ze szczególną aprobatą. Ostentacyjnie kwitnące kwiaty były postrzegane za równie wulgarne, co kobieta ze zbyt ostrym makijażem. Piękna była naturalność, minimalizm, nieoczywistość. Pączki były cenione bardziej niż kwiat w pełnym rozkwicie, zamglony księżyc bardziej niż pełnia. I w tym właśnie tkwi klucz do wyrobienia sobie wrażliwości estetycznej – nauka dostrzegania piękna w najmniejszych jego przejawach.
O ileż nagle nasz świat stanie się piękniejszy:D

SONY DSC

Typowy krzaczek rosnący na skraju chodnika. Styczeń. Czasem myślałam, że te kwiaty to są wyrenderowane…

Nie można nie wspomnieć o tym, że estetyczne uniesienia to doskonała okazja do robienia pieniędzy. Hanami, festiwal wistarii, shibazakura, momiji – kiedy już w odpowiednim terminie przetransportujemy się w wybrane, malownicze miejsce zawsze okaże się, że przy okazji jest tam i kiermasz lokalnego jedzenia. No i koniecznie trzeba jakieś jadalne specjały przywieźć w prezencie rodzinie i znajomym. I obowiązkowo kupić talizman w najbliższej świątyni. Kwiaty kwitną, kwitnie i biznes. Skoro w Japonii to działa, to może u nas też zacznie? Głogi i tarniny kwitną nie mniej epicko od sakur, złotokapy mogą spokojnie konkurować z wistarią, zaś nazwa „festiwal forsycji” brzmi po prostu przeuroczo. Co o tym myślicie?

Santa Evita

SONY DSC

No dobra, strongylodona to w Japonii tylko w palmiarni uświadczycie, ale jest tak dziko piękny, że musiałam dać to zdjęcie.
Reklamy

4 uwagi do wpisu “Rzecz o kwiatach.

  1. Przepiękne zdjęcia! Mnie samą botanika interesuje od dziecka. Faktycznie, miło byłoby mieć festiwal forsycji. 🙂 A jeszcze lepiej festiwal lilaków, które uwielbiam.

    Polubienie

  2. Pełen wdzięku i polotu świetny opis. Czyta się tak żeby nie uronić ani jednego słowa. Po takich opisach można zdecydowanie polubić Japonię i chcieć poznać ją jeszcze bardziej. Gratulacje 🙂

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s