Ōsōji

Pod sam koniec grudnia, tuż przed Nowym Rokiem, Japończycy robią ōsōji, czyli „wielkie porządki”. Sprząta się wszystko. Wszystko wszystko. Ściera się kurz z najwyższych półek, wietrzy pościel, na nowo składa się kimona, wyrzuca niepotrzebne drobiazgi. Myje okna – w końcu w całkiem sporej części Japonii temperatury są powyżej zera. Sprząta cała rodzina. Wszystko po to, żeby z czystym domem i czystym umysłem powitać nowy rok.

Powoli dobiegają końca trwające u mnie od tygodnia Wielkie Porządki. Chociaż ja się bardzo dobrze czuję w chaosie – no, ale czasem trzeba spod tego wszystkiego wymieść kurz.

SONY DSC

Podczas pakowania walizek.

(moje współlokatorki z Japonii potwierdzą – zazwyczaj mam rzeczy tak porozrzucane, że literalnie nie da się przejść – ale jak już posprzątam, to zostaje tylko wielka zenistyczna pustka)
SONY DSC

Po spakowaniu/odesłaniu/wyrzuceniu zbędnego stuffu.

Przez parę dni pokoje będą puste, niemal ascetyczne, potem wszystko wróci do normy. Ale nie w tym rzecz. Celem moich porządków było nie tylko odkurzenie i poskładanie do szafy różnych artefaktów wrzuconych bezładnie do piętrzących się w pokoju kartonów. Celem było pozbycie się części rzeczy.

Ostatnio pomagałam przyjaciółce w pakowaniu się przed przeprowadzką do innego kraju. Byłam pod wrażeniem tego, jak niewielki jest jej dobytek – dwie walizy, plastikowa skrzynia, sześć niewielkich kartonów i torba z Ikei. To nie wypełniłoby nawet jednej czwartej mojej szafy… Ale cóż, wprawa w pakowaniu nie powinna mnie dziwić u kogoś, kto przeprowadza się średnio co rok, a kilka miesięcy w roku spędza w podróży.

kartony

Przeprowadzka: work in progress.

No właśnie, podróże… Cały mój ostatni rok był podróżą. Przeprowadzając się do Tokio wzięłam ze sobą dwie walizy, ze 40 kg, rodzina dosłała mi jeszcze kolejne 20. To brzmi jakby to było dużo, a to mniej więcej 10% przedmiotów jakie posiadam (nie mówię tu oczywiście o samych ciuchach, no ale chociażby książki, cd/dvd, segregatory z dokumentami, bibeloty, nie wspominając o wszystkich gadżetach i rekwizytach których używam do sesji zdjęciowych).

walizy

I co? I z tymi 10% też dało się przeżyć! (Nie mówię, że nie nakupiłam sobie sporo nowego szmelcu. Na szczęście w Japonii większość rzeczy jest tak droga, że przed każdym zakupem zastanawiałam się kilka razy. Tutaj leży chyba jedyny minus słynnych sklepów stujenowych – można w nich niepostrzeżenie obkupić się w kilogramy niepotrzebnych rzeczy. Bo przecież skoro takie tanie to grzech nie kupić! Zwłaszcza my, Polacy, mam wrażenie, że mamy taką tendencję do kupowania, kiedy jest „tanie” albo „w promocji”.)

Parę lat temu czytałam książkę „Sztuka prostoty” Dominique Loreau, Francuzki, która przez długi czas mieszkała w Japonii. Niby „jeden z wielu poradników lifestyle’owych”, ale ma konkretny przekaz, który zostaje w pamięci. W skrócie: ogarnięcie przestrzeni w której żyjesz oraz uproszczenie pewnych codziennych czynności polepszy jakość twojego życia. Generalnie nic dodać nic ująć. (Autorka popełniła jeszcze kilka podobnych książek i podobno nie wszystkie są tak dobre. Nie czytajcie ich zatem – ta pierwsza zawiera esencję, a jeśli esencja Was nie zmotywuje, to po prostu nie ma sensu czytać tego samego tylko w bardziej rozwlekłej wersji. Właściwie to kupienie wszystkich tych książek byłoby przeciwstawieniem się głównej idei jaką niosą… cóż za paradoks! )

sztukaprostoty

Polecam recenzję książki: http://www.ograniczamsie.com/2015/07/sztuka-prostoty-dominique-loreau.html

Teraz staram się pozbyć wielu rzeczy, których nie używam i nie planuję używać w najbliższej przyszłości. I uważam przy zakupach. Wbrew pozorom, najciężej z tym bywa przy kupowaniu… prezentów!
Dlatego też w większości, zamiast przywozić przyjaciołom pamiątki z podróży wysyłałam paczki ze słodyczami. Nie ma problemu, że się „nie podoba” albo „nie mam gdzie tego postawić/powiesić”. Zje się i po problemie. A jak nie smakuje… cóż, to też jest doświadczenie, które się może komuś przydać w przyszłości.

slodycze

Może spakowane nie wygląda to tak interesująco, ale zapewniam, że były to skrzynki słodkich skarbów!

U Japończyków kupowanie słodyczy jako omiyage (prezent z podróży) też jest to popularne, ale trochę w innym sensie. W sklepach z pamiątkami obok pocztówek i breloczków są wielkie stosy pudełek z jakimiś lokalnymi słodyczami. „Lokalne” niekoniecznie znaczy, że to coś wybitnie oryginalnego, jakiś słynny specjał – chociaż te są szczególnie doceniane – najważniejsze, żeby na pudełku była napisana nazwa miejsca zakupu. Żeby był dowód, że się tam było, smak nie jest aż tak ważny. Ale efekt jest ten sam – zje się i nie ma problemu!

travecats1

Słyszeliście o marce ciasteczek z Hokkaido „Shiroi Koibito”? Otóż w Jokohamie mają identyczne, „TravelCats”. Niczym się nie różnią poza ceną – za „słynne” Shiroi Koibito zapłacimy o połowę więcej (za takie samo opakowanie).
Santa Evita
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s