DEKADENCJA!

Kiedy byłam w Tokio dwa lata temu na pewnej halloweenowej imprezie, usłyszałam „Tutaj jest całkiem spoko, ale jeśli chcesz iść na NAPRAWDĘ SZALONĄ IMPREZĘ, to tylko TOKYO DECADANCE”. Wtedy nie poszłam, bo już miałam inne plany, czy może pustkę w portfelu, nie pamiętam. Ale nazwę imprezy zapamiętałam. Tym razem nie mogło mnie tam zabraknąć!

22688781_2032709050297992_3051103033812130217_n

A zatem, to ja. photo: Taro Rutsubo

Ulotka informowała, że są zniżki za dresscode. No, edycja halloweenowa, więc większość ludzi i tak przychodzi w strojach, ale można ich jeszcze do tego zachęcić: 500 jenów zniżki za zwykły strój/cosplay, 1000 jenów za strój „oryginalny” bądź „skomplikowany”, a 1500 jenów za strój „dekadencki”. No tak, ale kto to niby ocenia? W praktyce wyglądało to nieco chaotycznie, bo kolejkujących się przed klubem ludzi lustrowała niebieskowłosa gothic lolita i rozdawała bileciki na zniżkę. No właśnie – tylko, że wszystkim dawała dokładnie te same bileciki, więc nie do końca było wiadomo, ile kto w końcu płaci za bilet… (zwłaszcza, że często przy wejściu od razu doliczają ci do biletu opłatę za pierwszego drinka – więc lepiej mieć w portfelu co najmniej 1000 jenów więcej!) Aha – cena podstawowa wstępu na halloweenowe Tokyo Decadance to 4000 jenów. Za całonocną imprezę w wypasionym tokijskim klubie to całkiem normalna cena. Za to przynajmniej napoje alkoholowe były w przyzwoitej cenie – 600 jenów (normalnie w klubie to około 800 jenów)

22549591_2032706266964937_3229136441866569204_n

photo: Taro Rutsubo

Natomiast – wejść do klubu wcale nie było tak łatwo! Przed budynkiem była spora kolejka. Myślałam, że do windy. Gdy już przekolejkowałam się przez drzwi, okazało się, że kolejka się ciągnie przez całą długość korytarza… tak ze 100 osób. No ok. Ale jak na kolejkę do wind to jednak szła trochę za wolno – stałam GODZINĘ zanim doczołgałam się do windy. Do wind wpuszczała skąpo odziana panienka w stroju klauna. No i paradoks: wszystkie trzy windy stoją na dole, ale ona nie pozwala nam wejść. W końcu po jakichś 15 minutach dostała jakiś sygnał na krótkofalówce i pozwoliła nam wjechać do góry….

22554976_2032717383630492_1595072146840022587_n

photo: Taro Rutsubo

U góry poniekąd się wyjaśniło czemu są takie przestoje – zanim się jeszcze kupi bilet i wejdzie do środka trzeba przejść przez DOM STRACHÓW! Urządzono go specjalnie na tę okazję na kilku poziomach zaplecza słynnej Christon Cafe, w której to Tokyo Decadance się odbywało. I wpuszczali ludzi pojedynczo. Szczerze to myślałam, że będzie straszniejsze, ale i tak robiło wrażenie – zwłaszcza przechodzenie przez kuchnię. Wiecie, taką kuchnię jak to bywa w dużej restauracji – milion zlewów, kotłów, a pomiędzy tym porozrzucane zakrwawione noże…

22552644_2032717700297127_5666344557915217290_n

photo: Taro Rutsubo

A w środku – cóż, duża sala, duża scena, muzyka raczej takie dj-skie umc-umc, za którym nie przepadam, ale zanim człowiek się wstawił na tyle, żeby do tego tańczyć, można było pooglądać występy na scenie i platformach! A występy były wszelakie:

burleska

boyleska – takie bardziej Chippendales show w strojach gwardii pretoriańskiej

drag queen show

pokaz iluzjonistyczny

shibari

fire dance

i jeszcze parę rzeczy…

22728706_2032712766964287_4701326074309129934_n

photo: Taro Rutsubo

Co do tych „innych rzeczy”: zobaczyłam pewne dwie dziewczyny i zaczęłam się zastanawiać, pod którą kategorię dress code-u podpadają – gdyż każda z nich była odziana w bandaż. Słownie jeden. A bandaż, taki zwykły, jak wiecie ma skłonność do tego, że się roluje – więc generalnie równie dobrze mogłyby się owinąć kawałkiem sznurka. Miałam sporą rozkminę na temat tego „kostiumu”, ale okazało się, że owe panny wykonują razem fetyszowe show, więc powieeedzmy, że pasowało do sytuacji. Niemniej jednak, ich show trwało 10 minut, a nago po klubie chodziły parę godzin. Mam nadzieję, że przynajmniej zarobiły tej nocy na peniuar!

22788903_2032718426963721_3248763646605028067_n

photo: Taro Rutsubo

Wśród gości przeciskało się paru fotografów – normalne. Natomiast moją uwagę przykuła niziutka babcia w neonowo pomarańczowych włosach, która ściskając wielki aparat bardzo metodycznie wyławiała z tłumu swoje obiekty. Nie odważyłam się zapytać, ale jestem na 90% pewna, że była to YAYOI KUSAMA. (tylko 90% – bo nie miała na sobie nic w kropki). A fotografować jak widzicie było co! Choćby dla tych strojów warto się wybrać na taką imprezę!

22552839_2032731980295699_3288219186328186810_n

photo: Taro Rutsubo
Santa Evita
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s